Dziedzicznie

Dawno nie pochłonęłam żadnej książki w jeden dzień. Nie licząc może „Kota w stanie czystym” Pratchetta, ale akurat ta pozycja jest na tyle krótka, że w zasadzie można ją potraktować jako dodatek do obiadu. Ale jak się zastanowić, dawno też nie miałam tyle czasu i możliwości zamknięcia się po prostu w swoim własnym świecie.

„Dziedziczki” Andrzeja Pilipiuka to pierwsza od dłuższego czasu książka, którą w zasadzie w ciągu jednego dnia przeczytałam od deski do deski. Jednocześnie pierwsze moje spotkanie z tym autorem. Niestety, zabijając czas w księgarni na dworcu znalazłam tylko ten tytuł, więc niejako przygody kuzynek Kruszewskich zaczęłam poznawać od końca. Ale jakby ktoś się zastanawiał, co mi sprezentować to nie obrażę się za „Kuzynki” i „Księżniczkę”.

Co mi bardzo przypadło do gustu to umiejscowienie akcji w typowo polskich realiach. Znacznie przyjemniej uganiać się wraz z bohaterkami po Krakowie i okolicach niż zwiedzać znowu Nowy Jork, Londyn czy wyimaginowaną wieś w głębokiej Rosji. Tak bardziej swojsko. Również bardzo wyraźne postacie bohaterek trafiły do mnie. Trzy silne, zdecydowane i wiedzące czego chcą kobiety, które jeśli trzeba użyją nawet przemocy. Chociaż w gruncie rzeczy wiem jak smutne jest bycie takim typem kobiety. I jak trudne na dłuższą metę. Ale dla chwil takich jak permanentna kastracja dresa pod wiejską dyskoteką przy użyciu sztyletu, czasem chyba warto się trochę potrudzić. Wiem, że to okrutne, ale naprawdę mnie rozbawiło.

Nie zabrakło też małego kłamstewka, czy raczej rozminięcia się z prawdą na okładce. Całkiem spory napis głosi, iż książka ta to produkt literacki wolny od Jakuba Wędrowycza. A mimo wszystko znalazłam jedno wspomnienie o tej postaci. Ale przyznaję – bimbrownik egzorcysta osobiście nie wkroczył do akcji. Co mi przypomina, że chyba będę musiała się z nim kiedyś zaznajomić. Ale to w swoim czasie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *