Debiuty

Ostatnio zrobiło się debiutancko. Debiutował Aven dodając swoje trzy grosze na temat gier nie tylko planszowych. Debiutuję ja, podejmując się zrecenzowania książki, której nie czytały jeszcze tabuny ludzi, na której okładce nie widnieje nazwisko znane wszem i wobec w całym światku literacko-bibliofilskim. Owszem, zdarzało mi się występować w roli tłumacza, ot chociażby nawet tu, czy na łamach Yakusoku Scans, gdzie w pewnym momencie z braku czasu przeszłam jako tłumacz w stan spoczynku, ale nadal współpracowałam pełniąc rolę korektorki.

Przyznam bez bicia, samej nie udało mi się napisać czegoś dłuższego. Mimo, że mniej lub bardziej luźne pomysły przychodziły nie raz do głowy. Nie udało mi się ich pozbierać w jednym miejscu i nadać im kształt. Z tego względu na swój sposób zazdroszczę tym, którym ta sztuka wychodzi, którym się udaje czasem nawet z najbardziej błahej myśli stworzyć cały byt literacki. Jednocześnie liczę, że kiedyś w końcu i mnie uda się pochwycić wszystkie te luźne pomysły i popełnić coś swojego. Ale na to jeszcze przyjdzie czas.

historie-w-ktorych-nic-sie-nie-dziejeDebiutuje również Igor Kulikowski ze swoimi „Historiami, w których nic się nie dzieje”. I tak, jak często tytuły książek bywają wyciągnięte z kapelusza (żeby nie nazwać tego mniej kulturalnie), tak w tym przypadku tytuł całkowicie oddaje klimat tego zbioru opowiadań. Próżno szukać w nich gwałtownych zwrotów akcji, czy fabuły niosącej czytelnika niczym rwący nurt wezbranej rzeki. W tych opowiadaniach dosłownie nie dzieje się nic wielkiego.

Opowiadania są jak wycinki z życia ich bohaterów. Życia powolnego, z leniwie mijającymi dniami, życia pozbawionego większych emocji, uniesień. Za to przepełnionego mieszanką melancholii, smutku, tęsknoty, wyalienowania. Z jednej strony przeraźliwie spokojne, ciche. Z drugiej na swój sposób przytłaczające. Przytłaczają właśnie tym smutkiem i tęsknotą. Tym zastygnięciem w chwili i uporczywym w niej trwaniem. Ich bohaterowie nie żyją, oni trwają, nie mają życia tylko krótką egzystencję gdzieś na uboczu świata, nie pasując do niego, nie czując się z nim dobrze. Trwają w swoich małych własnych klitkach smutku tęskniąc za prawdziwym życiem, przez większość z nas nazywanym tym zwykłym, codziennym.

Kiedy Tomek zaproponował mi możliwość zrecenzowania książki byłam bardzo zaskoczona. Gdy dotarła do mnie chciałam się za nią jak najszybciej zabrać i to był chyba błąd. Tak mi się przynajmniej wydaje, bo mam wrażenie, że zderzyłam się ze ścianą. Pierwsze opowiadanie i głęboka konsternacja z cyklu „ale o co chodzi”. Chwila przerwy i dogrywka, po niej zderzenie ze smutkiem czającym się między wierszami. Po trzecim, może czwartym opowiadaniu już wiedziałam, że nie uda mi się pochłonąć tej pozycji tak od razu. Bo i nie taka jej rola, nie takie przeznaczenie, a i moja osoba raczej nie należy do „targetu”.

Fakt, jestem skażona popkulturą, „masówkami” (chociaż nie piszczę za Edwardem ze Zmierzchu, czy innym Justinem Bieberem). Ale lubię książki pełne akcji, nawet walki, spisku, tajemnicy, czy odrobiny romansu. Takie, które uzupełniają moje życie swoimi historiami. Przy tym zbiorze opowiadań czułam się nieco tak, jakby ktoś mi to moje życie próbował zabrać i wtłoczyć mnie w świat tęsknoty. Kiedy zorientowałam się, że czekanie, aż akcja się rozkręci jest bezcelowe miejsce ciekawości zastąpił niepokój. I wiecie co, z mojego punktu widzenia te opowiadania mają potencjał, chociaż zapewne zupełnie inny niż ten przewidziany przez autora. Dla mnie stanowią idealny wstęp do horroru, czy thrillera. Ich spokój, który u mnie wywoływał swego rodzaju strach potrafi zbudować atmosferę „ciszy przed burzą”. I choć w samych opowiadaniach ta burza nie nadchodzi, to wszystko jej sprzyja. Cisza, spokój, oczekiwanie, aż proszą się o jakiś przerażający finał. Bez niego pozostaje jedynie morze refleksji i domniemywań będących ulubioną torturą nauczycieli języka polskiego – co autor miał na myśli. Tym, którzy nie postrzegali takiego szukania drugiego dna jako tortury i którzy lubią zgłębiać psychologię smutku, pochylać się w zadumie nad sensem życia i jego składowych mogę tą książkę polecić. Czerpiącym przyjemność z pochłaniania bardziej przyziemnych i mniej skomplikowanych psychologicznie tekstów – odradzę.

2 myśli nt. „Debiuty”

  1. Droga (a może raczej drogi?) ruda małpo, bardzo chętnie podejmę z Tobą dyskusję na temat tego tytułu. Proszę, przedstaw mi swój pogląd.
    Pamiętaj jednakowoż, że jeśli wysnuwasz takie teorie co do mojej osoby to albo mnie nie znasz i wtedy jesteś najzwyklejszym trollem jakich pełno chociażby na Filmwebie (niektórzy chyba za cel życia wzięli sobie wyszukiwać najgorzej oceniane filmy i zostawiać komentarz „film nie dla mas, nie zrozumiecie go”), albo znasz mnie i zalazłam Ci za skórę do tego stopnia, że się tu fatygujesz próbując mi popsuć humor. Ale złe wieści – efekt jest odwrotny.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *