Dębski po raz pierwszy

o wlos od piwaPodobno nie powinno się oceniać książki po okładce. Podobno może to się okazać krzywdzące lub przynieść spore rozczarowanie. Podobno.. Jakoś pomimo wszystkich tych podobno skusiłam się na „O włos od piwa” za sprawą właśnie okładki, a dokładniej tytułu. Wszak złocisty trunek ma swój urok, a i pogląd na rodzimą fantastykę rozszerzać chciałam o kolejnych autorów.

Tym sposobem trafiłam na zbiór opowiadań Eugeniusza Dębskiego. Opowiadań, których wspólnym mianownikiem jest postać Hondelyka, rycerza, który w pewnych okolicznościach zyskał umiejętność zmiany kształtu swojego ciała. Nasz zmiennokształtny przyjaciel, zwany również Xameleonem, jak na bohatera przystało para się realizowaniem zleceń i wybawianiem z opresji wszelkiej maści i autoramentu. I to tyle w kwestii fabuły, wszak dalsze jej odsłonięcie podchodziłoby już pod spoilerowanie, a tego chyba nie chcemy, prawda?

Co mnie urzekło w tych opowiadaniach to humor. Lekki, łatwo przyswajalny, a przy tym całkiem błyskotliwy, ot taki po prostu w sam raz. Dodatkowo dawkowany z umiarem, bo w końcu są momenty i sytuacje, w których nie godzi się dowcipkować, a są i takie, które potrzebują czasem takiego rozładowania małym uśmiechem, albo chociaż odpowiedniej puenty.

„Jak się zwie to przeklęte jezioro? Coś żem słyszał w ostatniej wiosze, ale nie zostało mi w pamięci. Jakoś dziwacznie, choć teraz wiem, że trafnie. Ciemnica? Piwnica?
– Loch – powiedziała Gailina. – Nie Ciemnica, tylko Loch. Kiedyś też się dziwowałam tej nazwie jeziora, ale teraz już nie. Sprawiedliwie się zwie. Zaiste – Loch Nessy.”

(Dziewczyna ze snu)

Jest jeszcze jeden powód, dla którego bardzo szybko przekonałam się do tego zbioru. Powód, którego chyba nikt, włącznie z samym autorem, nie przewidział. Nigdy bym nie pomyślała, że książka z szufladki z napisem fantastyka zabierze mnie jednym drobnym szczegółem o dobrych kilkanaście (żeby nie powiedzieć więcej) lat wstecz i przypomni jedną z ulubionych książek z dzieciństwa. Dziwne, prawda? Ale o ile Hondelykowe przygody przy pierwszym spotkaniu przywitały mnie dowcipem przywodzącym czasem na myśl pewne sformułowania autorstwa Andrzeja Sapkowskiego (jeden z cytatów, które wypłynęły na powierzchnię pamięci to chociażby ten z Krwi Elfów – „Widzieliście go? Rycerz chędożony! Trzy lwy w tarczy! Dwa srają, a trzeci warczy!„, ot podobny kaliber humoru w moim odczuciu). O tyle dalsza znajomość przyniosła ze sobą imiona postaci, które od razu zapaliły żarówkę w umyśle, a po chwili wywołały jeszcze większy uśmiech. Darując sobie szczegóły owych postaci, bo ani one w tym momencie istotne, ani mile widziane ze względu na możliwość zdradzenia części fabuły, powiem tylko, że imiona Lass i Bosse nie mogły przejść koło mojej pamięci obojętnie. Wyciągnęły z niej do odpowiedzi panią Astrid Lindgren i jej gromadkę „Dzieci z Bullerbyn”. Serio. Sama nie wiem, czy śmiać się w tym momencie, czy starać zachować powagę. Ale fakt jest faktem, pełną sympatię zarówno Eugeniusz Dębski, jak i Hondelyk zaskarbili sobie u mnie właśnie za sprawą tego jednego małego skojarzenia.

Na koniec czas na najważniejsze. Pytanie czy polecam. A i owszem, polecam. Mimo, że opowiadania nie zaskakują pod względem fabuły. Ale z całym szacunkiem – po prostu poruszając się w obrębie jednego określonego gatunku, w moim przypadku fantastyki, mając na karku ładnych kilkadziesiąt tytułów ciężko nie dostrzegać między nimi podobieństw, schematów i wytartych ścieżek. Nie znaczy to jednak, że po przeczytaniu kilku książek nie warto sięgać po kolejne, bo można w nich znaleźć podobne historie. Nawet jeśli tak się stanie, nawet jeśli przez myśl przemknie stwierdzenie „skądś to znam” nic nie stoi na przeszkodzie żeby swoje grono przyjaciół powiększyć o kolejnych bohaterów i opowieści o ich losach. A opowieści, najlepiej wysłuchać przy kuflu dobrego piwa…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *