Gdyby Hrabia Dracula został Sherlockiem Holmes’em…

diabel-na-wiezy

…nazywałby się Domenic Jordan i byłby bohaterem zbioru opowiadań Anny Kańtoch „Diabeł na wieży”. A gdyby jeszcze podejście do ludzi, tych mniej lub bardziej żywych, miał niczym doktor Temprance Brennan, wtedy tym bardziej nazywałby się Domenic Jordan. A gdyby na dokładkę mieszał się w sprawy, którymi nie pogardziliby bracia Winchester, to by tylko potwierdziło, że musi nazywać się Domenic Jordan.

„Ty w ogóle słabo rozumiesz ludzi, którzy nie myślą tak jak ty. Wydaje ci się, że wszyscy powinni kierować się rozsądkiem i logiką, bo ty tak robisz. A nie ma istoty mniej rozsądnej niż starzejąca się a niegdyś piękna kobieta.”

XVIII wiek, pewien młody szlachcic o aparycji godnej wampira – dzięki swej bladej cerze i szalonej sympatii do noszenia się w czerniach – zgłębia tajniki medycyny. Ale w błędzie jest ten, kto uzna doktora Jordana za kolejnego nudnego lekarza rodzinnego, którego szczytem osiągnięć zawodowych może być najwyżej leczenie histerii u pacjentek płci pięknej. Wszak do don Domenica bardziej pasuje określenie patologa, i to nie byle jakiego, a takiego, który nie stroni chociażby od sekcji zwłok wilkołaka. Mało? Jeden wilkołak wiosny nie czyni? To może dodajmy do tego wręcz diabelską inteligencję i umiejętność dedukcji? Nadal mało? No to niech nasz doktorek nie boi się niczego, ani nikogo i dziarsko wychodzi na przeciw czy to złoczyńcom, czy mrocznym siłom.

Nasz ciekawski doktorek nie jest jednak chodzącym ideałem. Potrafi zaleźć za skórę, potrafi uciec się do podstępu, wreszcie potrafi być niemiłosiernie denerwujący w swej logice i inteligencji. Tym ostatnim może nie tylko wyprowadzać z równowagi pozostałych bohaterów opowieści o nim, ale i samego czytelnika. Tak, czytelnika, bo czasem to i jemu Domenic Jordan śmieje się tajemniczo w twarz rozwiązując zagadkę w sobie tylko znany sposób. Kiedy my jeszcze się zastanawiamy, on już wie, już jest krok przed nami, a potem czeka na mecie żeby zabłysnąć przed odpowiednio liczną widownią. Czasem kpiąc sobie z właściwym dla niego poczuciem humoru.

„- Odkąd rozeszła się wieść, że czeka mnie pojedynek z e’Eyquemem – ciągnął Jordan spokojnie, z lekko ironicznym uśmiechem na ustach – a uwierz, że rozeszła się błyskawicznie, dostałem już kilkanaście listów, w tym pięć propozycji różnych magicznych amuletów i maści, które jakoby miałyby ochronić mnie przed ranami, a także jedną propozycję przeprowadzki do Romefort i objęcia stanowiska na tamtejszym uniwersytecie, przy czym autor zapewniał, że mój honor na tym nie ucierpi, bo do Romefort nie docierają wieści z Alestry. Potem były cztery bileciki od alestrańskich dam, zawierające mniej lub bardziej nieprzyzwoite propozycje umilenia mi ostatnich godzin życia, bukiet kwiatów, tak wielki, że śmiało mógłby uchodzić za wieniec pogrzebowy, a nawet wiersz. Na koniec zaś otrzymałem ponaglenie od mojego krawca domagającego się natychmiastowej spłaty długu. Teraz czekam już tylko na przedsiębiorcę pogrzebowego, który przyjdzie wziąć miarę na trumnę.”

A jednak w tej przebiegłej inteligencji, w tej ironii i pewności swego jest jakiś magnetyzm, jest coś co budzi sympatię do naszego doktorka, co powoduje, że nawet nie nadążając za jego dedukcją kibicujemy mu i śledzimy jego poczynania.

Co trzeba przyznać to, że Anna Kańtoch pisze dość lekko, nie błaho, ale właśnie lekko. Książkę bez większych trudności pochłania się naprawdę szybko, z przyjemnością, od pierwszych stron wciągając się w tajemnice, które odkrywa Domenic Jordan. Całkiem sprawnie łączą się w niej fantastyka z kryminałem, ale nie zawsze na końcu okazuje się, że winnym jest lokaj. W mojej ocenie pozycja bardzo pozytywna, warta poświęcenia jej wieczora lub dwóch.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *